tekst stockowy

Tekst stockowy

Jakiś czas temu wpadłam na genialny (moim zdaniem) pomysł na biznes. A co gdyby tak stworzyć portal z tekstami stockowymi? Liczni blogerzy i inne internetowe stworzenia nie musiałyby już więcej trudzić się wymyślaniem nowych treści pisanych. Chętne osoby mogłyby najzwyczajniej w świecie skorzystać z oferty odpowiedniego serwisu. Musiałyby jedynie dokonać opłaty, a może nawet dałoby się skorzystać z opcji w pełni darmowej, pobrać wybrany tekst i umieścić go na swojej stronie. Skoro zdjęcia i ilustracje dostępne w licznych wirtualnych magazynach są tak popularne, to czemu niby z treścią pisaną miałoby się nie udać?

Teraz na serio. Tak naprawdę liczy się tekst.

Większość osób aktywnych w internecie za oczywistość uznaje konieczność publikowania w pełni oryginalnych tekstów własnego autorstwa. Wielką hańbą okryłby się blogger, gdyby okazało się, że posty, które podpisuje własnym nazwiskiem, w rzeczywistości tworzone są przez kogoś innego. I nie chodzi mi nawet o kwestie odpowiedzialności prawnej, bo to akurat temat na inną, długą i bardzo zawiłą dyskusję. Zastanawia mnie jednak to, czemu internetowy twórca czułby się najzwyczajniej w świecie głupio,  gdyby wydało się, że wykorzystuje cudze teksty? W przypadku zdjęć nie stanowi to problemu.

Myślę, że z punktu widzenia antropologa kultury (albo jakiegoś innego super speca od społecznych zachowań) jest to bardzo ciekawe zjawisko. Pokazuje ono, że wbrew temu co raz na jakiś czas możemy usłyszeć, wcale nie żyjemy w kulturze obrazkowej. Wciąż jeszcze to słowo pisane stanowi fundament. To  na nim opiera się nasz cały duchowy i intelektualny dorobek. Po prostu dla nas jako dla społeczeństwa, to tekst jest prawdziwie ważny, a ilustracja, to tylko ilustracja. Zwykły dekoracyjny dodatek, który ma przyciągnąć wzrok, ale tak naprawdę nie stanowi większej wartości.

Jasne, zdaję sobie sprawę, że w zakamarkach internetu istnieją miejsca tworzone przez przeróżnych fotografów, rysowników, malarzy lub innych dziwaków wspaniałych artystów, którzy przywiązują ogromną wagę do sfery wizualnej i nigdy nie zdecydowaliby się na wykorzystywanie cudzych zdjęć. Warto jednak zwrócić uwagę, że w większości przypadków nawet oni nie wpadli na to, by ograniczyć się wyłącznie do publikacji elementów wizualnych. Nie przyszło im do głowy, by posługiwać się tekstem stockowym.

Może ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko o czym piszę, jest związane ze sposobem funkcjonowania wyszukiwarek internetowych. No bo w końcu Google wymusza tworzenie unikalnych tekstów, bo tylko strony z dużą ilością oryginalnej treści mają szansę na zdobycie czołowych pozycji w tworzonych rankingach. Natomiast unikalność obrazków nie jest właściwie w żaden sposób weryfikowana (ok, może troszkę jest, ale tylko minimalnie). Skoro osoby tworzące internetowe strony chcą być jak najbardziej popularne, to w swej działalności skupiają się właśnie na tych elementach, które są istotne dla wyszukiwarek. W związku z tym to tekst jest dla nich ważny. Logiczne. Tylko, że Google nie został stworzony przez kosmitów. To, że jego twórcy zdecydowali się na priorytetowe potraktowanie treści pisanych z pewnością nie było przypadkiem. Wynikało z kulturowego wpływu, który swe piętno odcisnął również na nich.

I żeby mnie nikt źle nie zrozumiał. Nie chcę tym wpisem nikogo obrazić, ani wywoływać zamieszania. Właściwie to mi wszystko jedno. Nie ma dla mnie znaczenia, jaki tekst sobie ktoś na swojej stronie publikuje. A zdjęć to by nawet w ogóle mogło nie być w internecie, też bym przeżyła (z trudem).  Opisywana kwestia wydała mi się jednak interesująca z czysto socjologicznego punktu widzenia. Bo nie do końca rozumiem, czemu jak społeczeństwo stosujemy takie nieco podwójne standardy i szacunek do cudzej twórczości pisanej (nawet tej wyjątkowo niskich lotów) mamy głęboko wpojony, natomiast elementy kultury wizualnej traktujemy jak coś w wiele mniej ważnego.

Ps. Jasne, wiem, że istnieją ludzie piszący teksty na zamówienie, ale z ich usług korzystają otwarcie wyłącznie serwisy firm i instytucji, a nie właściciele osobistych stron czy blogów. 😉

12 przemyśleń nt. „Tekst stockowy”

  1. Ja pracowałam swego czasu jako copywriter, ale doszłam do wniosku, że jednak kiepsko się czuję ze świadomością, że moje teksty nie są podpisane i tylko ja wiem, że są moje, dlatego już się tym nie zajmuję 🙂

    1. Dzięki za komentarz 🙂 Pewnie wiele zależy od charakteru tworzonych na zamówienie tekstów. Jeśli byłaby to na przykład instrukcja obsługi wiertarko-wkrętarki dołączona w charakterze ulotki do produktu, to raczej nikt nie miałby problemu z tym, że autor nie został wspomniany. Jeśli jednak byłoby to coś bardziej osobistego lub w pewien sposób wyjątkowego (nawet jeśli tematyka dotyczyłaby również sprzętu do majsterkowania), to w pełni rozumiem, że pominięty autor mógłby się nie czuć usatysfakcjonowany. Nawet mimo otrzymania godziwej zapłaty. 😉

  2. Może w jakiś sposób jest to tak postrzegane, dlatego, że wydaje nam się, że każdy głupi może „pstryknąć” zdjęcie, natomiast napisać tekst i to jeszcze taki, który nie zawiera błędów ortograficznych to nie lada wysiłek… ;D

    1. Oczywiście, że tak było. Jednak moim zdaniem fakt ten nie jest do końca związany z tematyką, o której pisałam. Ale i tak bardzo dziękuję za komentarz. Poruszyłeś kwestię, która bardzo mnie zainteresowała i chyba zdecyduję się na to, by poświęcić jej jeden z kolejnych wpisów 🙂

  3. Z cudzych tekstów raczej bym nie skorzystała. Od zawsze wszystko wolę robić samodzielnie 🙂 I nawet po zdjęcia ostatnio rzadziej sięgam do banków zdjęć… pomimo, że talentu do pstrykania za bardzo nie mam. Ale umieszczanie własnych fotografii daje mi radość, bo wiem, że są wyjątkowe, jedyne, moje 🙂

    1. Zwłaszcza, że w większości przypadków lepiej zrobić co nieidealnie ale z prawdziwym zaangażowaniem. Jestem przekonana, że Twoi czytelnicy bardziej doceniają nie do końca perfekcyjne zdjęcia, które zostały wykonane przez Ciebie niż śliczne ale mało oryginale obrazki z banków zdjęć. 🙂

  4. Blog podróżniczy bez zdjęć – czy to byłby dobry pomysł? szczególnie jesli szukasz informacji na temat danego kraju do ktorego chcesz się udać i chcesz miec informację rzetelną i zobaczyć miejsce jak wygląda. Nie zawsze da się bez zdjęć, nie zawsze to dobry pomysł. A tekst zawsze jest ważny. Choć nie wiem czy zauważyłaś że większość blogerów i tak spisuje od siebie. Niektóre tematy można na blogach zobaczyć wrecz skopiowne, poruszające te same kwestie. Nad tym też warto się zastanowic dlaczego tak się dzieje. Gdyby zrobić bank z treścia darmową, wtedy by było jeszcze gorzej. Pytanie tylko jeśli kopiuje się treści to czy warto pisać bloga?

    1. Wszystko zależy od konwencji, przeczytałam co najmniej kilkanaście wspaniałych książek podróżniczych, które nie miały ani jednego zdjęcia, a mimo to uważam je za wyjątkowo wartościowe i atrakcyjne za czytelnika. Myślę, że interesujący tekst na blogu również byłby się w stanie obronić bez obrazków. 😉 Poza tym wielu blogerów pisząc o jakimś nieodwiedzonym jeszcze miejscu, decyduje się na to, by za pomocą zdjęć zaprezentować swój proces przygotowania do wyprawy. Dzięki temu wpis jest atrakcyjny wizualnie. Jest też bardzo ciekawy dla czytelnika, który może nie jako od kuchni poznać życie podróżnika. 🙂

      1. Ale zauważ że książka to zupełnie coś innego niż blog. Od ksiązki podróżniczej nie oczekuję tego samego co po blogu 🙂 To zupełnie dwie różne formy przekazu.

  5. PS ale czy uważasz że wpis na blogu podróżniczym o miejscach które warto zobaczyć (a niei był jeszcze tam bloger)jest tak samo prawdziwy co ten który napisany jest po wizycie? Dla mnie rożnica jest kolosalna i uwazam ze wtedy kiedy poczujesz na wlasnej skorze miejsce które chcesz przekazać drugiemu czytelnikowi jestes w stanie przekazać autentycznosc, emocje, i wiele innych cennych rad i uwag niż przed wizytą. Robienie bloga bez odwiedzania miejsc moim zdaniem mija się z celem. (Przepraszam za bark polskich liter). 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *